Ekspert, czyli kto? – o literaturze poradnikowej, celebryckiej i „youtuberskiej”

O popularności literatury poradnikowej, modzie na ekspertów i literackiej twórczości youtuberów / celebrytów / trendsetterów. Wpis odwlekany, który cierpliwie doczekał się publikacji po bolesnych zmaganiach z pewnym poradnikiem*…

Nie da się nie zauważyć faktu, że literatura poradnikowa** przeżywa w ostatnim czasie prawdziwy renesans. Wystarczy pobieżny przegląd książkowych bestsellerów czy szybki rzut okiem na rankingi, by upewnić się, że napisanie poradnika to dobry pomysł na biznes. Najpopularniejsze tematy? Moda („fashioning”), kulinaria („food_porn”), styl życia („lifestyle”), wychowanie dzieci („parenting”), psychologia i tzw. „filozofia sukcesu” („coaching”).  Nie chciałabym tu brzmieć jak stary zgred narzekający na publiczne gusta. Nie twierdzę, że „dawniej było lepiej”. Nie uważam też, aby którykolwiek z powyższych tematów nie zasługiwał na uznanie. Wprost przeciwnie – lubię i doceniam literaturę poradnikową, sama chętnie z niej korzystam.

Mam jednak problem z rozdźwiękiem pomiędzy faktycznymi umiejętnościami autorów poradników, przewodników i wszelkiej maści kursów a ich domniemanym statusem eksperckim.

Co to znaczy „być ekspertem” w danej dziedzinie? Jaki poziom kompetencji pozwala – dajmy na to – na wydanie książki czy internetowego kursu związanego z wykonywanym zawodem, rzemiosłem, hobby? Czy istnieje autorska odpowiedzialność za przekazywane treści? I wreszcie, czy oceniając literaturę poradnikową możemy pisać w kategoriach jej użyteczności/szkodliwości?

Piszę to mając na myśli różne, przedziwne publikacje, którymi ostatnio nasz rynek zaowocował. „Autorskie” cud-diety propagowane przez aktorów, wszelkiej maści „życiowe poradniki” produkowane głównie przez celebrytów i biografie aktorów o wątpliwym dorobku zawodowym. Zapewne pamiętacie jeszcze niechlubną sławę, jaką okryła się swego czasu „lifestylowa” publikacja pewnego znanego prezentera 🙂  Nieważne, że temat nieszkodliwy (dbanie o wygląd po czterdziestce). Grunt, że czytelnicy wyczuli nosem „ściemę”. Patrząc na najnowszą, celebrycko-poradnikową twórczość odnoszę wrażenie, że w porównaniu z nimi owa publikacja wypada co najmniej przyzwoicie.

Skąd bierze się nasza potrzeba posiadania i naśladowania IDOLA – EKSPERTA (nawet jeśli wiemy, że jego „profesjonalizm” to sztuczny, marketingowy wytwór)?

Stare prawo podaży i popytu czy faktyczne obniżenie naszych czytelniczych wymagań? Skąd u licha przekonanie, że „sławni” wiedzą więcej, lepiej, doradzą i pomogą we wszystkim? A jeśli zdajemy sobie sprawę z braku kompetencji, dlaczego kierujemy nasze zainteresowanie w stronę takich publikacji? Irytuje mnie zwłaszcza traktowanie literatury czy raczej pisarstwa jako współczesnego środka promocji. Chcesz zyskać status eksperta? Zamów biografię, „napisz” poradnik, sprzedaj autorski kurs.

Największą wątpliwość budzi we mnie bardzo modna ostatnio twórczość youtuberów. Dodajmy, literacka twórczość. Mniejsza z tym, jeżeli autorem jest youtuber-pasjonat. Hobbysta, znawca czy chociażby wieloletni fan danego tematu potrafi sprzedać siebie i swoją wiedzę. Kilka miesięcy temu recenzowałam książki Radka Kotarskiego i Pauliny Mikuły. Pomimo początkowych wątpliwości (czy jakość przekazu wizualnego i typ kontaktu prezenter-widz da się przełożyć na jakość przekazu literackiego?) przekonałam się do tych publikacji. Każda z nich obroniła się wiedzą i doświadczeniem autorów. Mam jednak wrażenie, że obydwoje reprezentują pozytywną mniejszość a youtuberska „twórczość literacka”, niepodparta żadną wartościową umiejętnością może skończyć się jedynie ośmieszeniem. A może się mylę? Wszak skandal (a ostatnio i głupota) sprzedaje się najlepiej?

Jestem ciekawa Waszego zdania na ten temat. Literatura poradnikowa, celebrycka,”youtuberska” – czytacie czy omijacie szerokim łukiem? A może przeciwnie – znacie pozycje, które są wartościowe i zasługują na rozgłos?

kako

***

*Zgrzytam zębami nad jednym z nowszych poradników pewnej słynnej podróżniczki. Irytacja podwójna, bo temat poważny i wymagający (depresja). Recenzja idzie jak krew z nosa, stąd pomysł na wpis.

** Mam na myśli jeden wybrany „odłam” literatury poradnikowej tzn. poradniki pisane przez celebrytów oraz nadużywanie terminu „poradnik” w wymienionym wyżej kontekście.

***

fot. Annie Spratt, unsplash.com

Reklamy

10 uwag do wpisu “Ekspert, czyli kto? – o literaturze poradnikowej, celebryckiej i „youtuberskiej”

  1. Mnie tego typu literatura zwyczajnie odstrasza. Ludzie, którzy to piszą zazwyczaj liznęli jakiś temat i już dają rady innym. Jeśli chcesz osiągnąć sukces, zrób tak i tak. A widać od razu, że ci ludzie nie musieli ciężko pracować, są dobrze sytuowani, mają wpływowych znajomych. Może lepiej niech napiszą poradnik jak przeżyć za 20 zł dziennie. Odstrasza mnie tym bardziej używanie anglicyzmów, które podałaś w nawiasach. Zupełnie jakby nie było na to polskich słów. Moja szefowa napisała ostatnio nieprzychylną recenzję „Blondynki w Japonii” i miała rację. Ignorancja niektórych autorów kłuje w oczy. Liczy się dla nich rozgłos, zysk, a nie dzielenie się swoją, najczęściej wątpliwą, wiedzą. Poradniki z prawdziwego zdarzenia można policzyć na palcach jednej ręki.

    Polubione przez 1 osoba

    1. *”Blondynka w Japonii” – przyznam, że trochę mi szkoda tej pozycji. Jeśli chodzi akurat o literaturę podróżniczą, autorka radziła sobie dość dobrze (swego czasu wręcz przecierała szlaki ;)), ale cieniem na całą twórczość kładzie się niestety jej działalność poradnikowa.

      Polubienie

  2. Generalnie omijam taką literaturę szerokim łukiem, czasem zdarza mi się robić wyjątki. Jeśli sięgam po poradniki, to zdecydowanie stawiam na ekspertów w danej dziedzinie. Oczywiście zdarzają się poradniki blogerów/ youtuberów, którzy faktycznie są ekspertami w swojej dziedzinie, jednak to zdecydowana mniejszość.

    Polubione przez 1 osoba

    1. A jeśli „wyjątki” to kto? Tzn. czy jest ktoś, kogo dla odmiany warto byłoby polecić? Specjalista w dziedzinie, albo pasjonat, który solidnie zapracował sobie na pozytywną opinię (tematyka dowolna). Kogo się dzisiaj podczytuje w celu zdobycia konkretnej wiedzy lub dla doskonalenia jakiejś umiejętności? ps. witam i dziękuję za wizytę! 🙂

      Polubienie

  3. Jestem osobistą stylistką, więc czytam, albo raczej przeglądam, tematykę celebrycko-blogowo-modową. I na ten temat mam do powiedzenia niewiele dobrego.

    Główne problemy:

    – błędy merytoryczne, czyli takie kwiatki, jak bardzo mocno rozkloszowana spódnica przy szerokich biodrach lub czarny garnitur na każdą okazję;

    – pseudoideologizm, czyli pisanie o powadze odpowiedzialnej konsumpcji i pokazywanie się na każdy zdjęciu w kompletnie innych ciuchach i w innym stylu;

    – powielanie szkodliwych schematów np. tworzenie list „must have” i podkreślanie, że prawdziwa kobieta powinna mieć wielką szafę i problem z tym w co się ubrać;

    To takie najczęstsze kwiatki. Ale pewnie znalazłabym ich znacznie więcej.

    Dziękuję za ten wpis! W dzisiejszych czasach stosunkowo łatwo wykreować się na eksperta, ale kiedyś „wyjdzie szydło z worka”.

    Pozdrawiam!

    Polubione przez 1 osoba

    1. A ja dziękuję za komentarz i również pozdrawiam 🙂 Mam wrażenie, że wszystkie wymienione problemy (merytoryczność, pseudoideologizm, szkodliwe schematy) pojawiają się w nieco innym wydaniu właściwie w każdej tematyce. A moda ma to „nieszczęście”, że w dzisiejszych czasach jest chyba absolutnym numerem 1 w blogosferze. Im większa popularność, tym szersze grono aspirujących ekspertów. A tracą specjaliści, którzy nie potrafią się odpowiednio „sprzedać”.

      Polubienie

  4. Hmm, dostałam kiedyś na gwiazdkę książkę Goka Wana (?) o tym jak się ubierać itp. I jedyne co zrobiłam, to tylko ją przejrzałam, a teraz leży i się kurzy. Gok Wan to chyba bardziej stylista niż celebryta, ale sama świadomość trzymania w ręku poradnika mnie zniechęciła do tego, żeby przeczytać choćby stronę.

    To zapychacze i dobry interes dla wydawcy. Gdyby poradnik o myciu garów wydała Irenka z ulicy Zakurzonej, to sprzedaż byłaby najpewniej minimalna. Oczywiście wszystko jest kwestią odpowiedniego marketingu, ale po co wywalać pieniądze na reklamę, skoro reklamą jest twarz i nazwisko znanej osoby.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Nazwisko znam, zakres działalności już mniej. Wikipedia pouczyła mnie za to w taki sposób: Gok Wan (…) Popularność zyskał dzięki telewizyjnemu programowi „Jak dobrze wyglądać nago” 🙂 Pamiętam, że kilka lat temu popularnością cieszyła się też cała seria poradników dwóch brytyjskich stylistek (Woodall & Constantine) a tytuły brzmiały podobnie: „Jak się nie ubierać”, „Co ubranie mówi o Tobie…” itp. Zgadzam się, że reklamą jest twarz a książką weszła w zestaw standardowych „produktów reklamowych” i chyba to ostatnie najbardziej mnie uwiera.

      ps. a gdy wydaje mi się, że nic mnie już nie zaskoczy trafiam na tak „kreatywny” tytuł jak: „Ch*** owa Pani Domu” (wyd. Znak bodajże…) 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s